Menu

dzienniczek uczuć

O życiu.

Jak przekonać Kazika, czyli lęk wzięty z polityki

amelius

Przeczytałem wywiad z Kazikiem Staszewskim opublikowany na portalu Wirtualna Polska. I choć nigdy nie byłem jego wielkim wyznawcą ani fanem, to zabolało mnie i smutno mi się zrobiło.

Kazik nie widzi zagrożeń związanych z obecną władzą. Nie jest ona, jego zdaniem inna niż poprzednie ekipy, które rządziły Polską. Nie dostrzega zagrożeń dla demokracji. Nie wydaje mu się by to co obecna władza robi z sądownictwem a nazywa reformą wymiaru sprawiedliwości mogła przynieść negatywne skutki. Jednocześnie pan Kazik oświadcza, że nie czyta gazet i nie ogląda telewizji. Skąd więc czerpie swoją niezmąconą pewność, że sprawy w Polsce idą w dobrą stronę, że zagrożeń nie ma? Z ciepłej Teneryfy, gdzie podobno posiada dom? 

Kazik, ten sam, który śpiewał „rząd oficjalny, system totalitarny” i to wówczas gdy rządziła, o ile mnie pamięć nie myli Unia Demokratyczna, teraz nie widzi niczego złego w rządach partii, która jako żywa przypomina z jednej strony sanację Piłsudskiego i podobne metody stosuje, z drugiej zaś PZPR a w niektórych działaniach i zamiarach regularną polską, złowrogą, mroczną, pełną obłędnej nienawiści endecję. 

Ale jak przekonać Kazika, że się myli, skoro jak przyznał, dostaje 40 tysięcy. „Ludzie, choćby mój syn, mają 500 plus, a ja mam swoje 40 tys. plus, bo tyle rocznie oddał mi PiS z tego, co mi Platforma zabrała, ograniczając koszty uzyskania przychodu”.

I to właściwie byłoby na tyle. Tyle wielkości Kazika Staszewskiego. Mamona zmąciła mu umysł, bo inaczej tego tłumaczyć nie sposób. Jakie to przykre. Artysta, buntownik, kontestator kupiony za pieniądze przez partię, która, co widać gołym okiem wciąga Państwo Polskie w coraz ciemniejszą otchłań. Ale jak Kazika i innych, których jest przecież tak wielu do tego przekonać? Jak mu wytłumaczyć, że teraz mu dali pieniądze, a za chwilę jemu lub jego synowi metodą odkrawania salami, po cienkim plasterku odbierać będą wolność.

Może trzeba z nim usiąść i trzymając w ręku Konstytucję krok po kroku, przepis po przepisie, słowo po słowie tłumaczyć, że to co zrobiono choćby z KRS to jednak jest oczywiste naruszenie tejże Konstytucji, i że nie może być w tym dobrej intencji, że nie można tego podpiąć pod różnice w interpretacji, w użyciu innych metod wykładni prawa. I że dla niego Kazika Staszewskiego i jego syna z 500+ może mieć to ogromne znaczenie i niepodziewanie objawić się w jego życiu, jeśli nie teraz to za dwa, trzy, cztery pięć lat. Działanie to będzie raczej skazane na porażkę, bo wszystko na to wskazuje, że głowa Kazika się zamknęła i chyba się już nie otworzy. Bądź też otworzy ją coś coś nią wstrząśnie. Podobnie jak ogromnej części polskiego społeczeństwa.

Ja się boję. Boli mnie brzuch, odczuwam mdłości. Wyczuwam mrok czający się w oddali. Przyznaję to po raz pierwszy w życiu - boję się, że mój kraj, moja Ojczyzna, przekształca się powoli w dyktaturę, w której owszem będzie się dało żyć, może i nawet nie najgorzej, tak jak jakoś daje się żyć w putinowskiej Rosji czy łukaszenkowskiej Białorusi, ale zabraknie czegoś co sprawiało, że życie inaczej smakowało, co sprawiało, że sen był spokojniejszy, co sprawiało, że czułem się jak we własnym domu, na swojej ziemi, w swoim języku.

Czego więc zabraknie, Kaziku Staszewski? 

Trzy dni i trzy noce

amelius
Nigdy wcześniej nie przeżywałem takich uczuć w związku z tym co działo się w polityce polskiej mniej więcej od połowy lipca 2017 roku, a dokładnie od momentu kiedy w Sejmie pojawił się projekt ustawy o Sądzie Najwyższym. Nigdy wcześniej żadne wydarzenia polityczne nie wywołały u mnie takich emocji. Może dlatego, że w latach 80-tych i wczesnych 90 - tych byłem bardzo młody i nieświadomy zagrożeń jakie niesie ze sobą polityka i politycy swoimi działaniami i zaniechaniami. Żyłem w innym wewnętrznym świecie. Może wyobraźnia jeszcze nie była tak rozwinięta a dusza tak dojrzała by pojąć i uzmysłowić sobie skutki jakie mogą powstać gdy niektórym politykom pozwoli się na zbyt swobodne działania.

Dość powiedzieć, że teraz po raz pierwszy się bałem. Po pierwsze dlatego, że jako sędzia wykonuje zawód wysokiego ryzyka. Po drugie dlatego, że żadnej władzy politycznej nie sprzyjałem nigdy ale tej władzy szczególnie. Brzydziła mnie PO pod koniec swoich rządów, od wielu lat mocno ich krytykowałem i nie miałem żadnych złudzeń, że do tego jakie szkody wyrządzają wymiarowi sprawiedliwości. Lecz tej władzy autentycznie się boję. Strach nie był wydumany, nie był wyolbrzymiony. Sposobem, w jaki uchwalili ustawy o KRS i SN pokazali, że stać ich na wszystko, że nie boi się ta władza niczego i nikogo i zmierza prostą drogą do systemu autorytarnego. Że to co wydawało się oczywiste, to znaczy WOLNOŚĆ - ta podstawowa, elementarna, egzystencjalna może być zagrożona, może przestać istnieć, może powoli znikać i przemieniać się w NIEWOLĘ, niezauważalnie jak zmierzch przemienia się w noc.

I wcale nie chodziło mi o obronę składu personalnego Sądu Najwyższego i Krajowej Rady Sądownictwa, choć próba przejęcia i podporządkowania tych instytucji sama w sobie była bardzo groźna, lecz przede wszystkim przeraziły mnie przepisy kształtujące na nowo odpowiedzialność dyscyplinarną sędziów i innych zawodów prawniczych. To była prosta droga do budowy systemu mającego na celu powolne odbieranie wolności. Nie tylko sędziom, adwokatom, notariuszom czy prokuratorom, ale w konsekwencji wszystkim obywatelom. Myślę, że to właśnie ze względu na ich treść prof. Adam Strzembosz powiedział o tych ustawach, że są faszystowskie.

Trzeba sobie to jasno powiedzieć, i o dziwo ogromna rzesza obywateli tego pięknego kraju w mig to pojęła (lub może zawsze rozumiała, to rozumienie zawsze gdzieś w podświadomości obywatelskiej drzemało) że nie ma wolnych ludzi bez wolnych sądów i wolnych sędziów. Władzy politycznej w trzy dni i trzy noce nie udało się tego odebrać.

Na razie.  

Prawdziwe zabójstwo

amelius
Wypada coś napisać w ostatni dzień roku na prawie nieużywanym blogu. Z niejakim zdziwieniem odkrywam jak długo mój blog istnieje i jak bardzo jest nieczytany. Trudno, bez względu na to i tak nie chcę go likwidować. Byłoby mi go żal, niektóre wpisy są dla mnie już historyczne i dotyczą spraw, które powoli i coraz bardziej nieubłaganie odchodzą w przeszłość, rozwiewają się w mojej świadomości. 

O zabójstwie Dominiki Golinowskiej już nie myślę. Wykrycie, ujęcie i skazanie sprawcy zamknęło dla mnie emocjonalnie tę sprawę. Gwoli ścisłości wyrok sądu pierwszej instancji przeszedł drogę kontroli instancyjnej przez Sąd Apelacyjny we Wrocławiu i został przezeń utrzymany w mocy. A więc sprawca zabójstwa, zdegenerowany menel ze Środy Śląskiej, nigdy nie odzyska wolności, a w każdym razie najbliższe 30 lat spędzi w zakładzie karnym. Czy sprawiedliwości stało się zadość? Z pewnością nie, bo młodej kobiecie nikt życia nie przywróci, nikt niczym luki po niej nie wypełni, bólu do końca nie ukoi. Tyle tylko może zrobić ludzki wymiar sprawiedliwości.

Prawdziwa zbrodnia jest naprawdę straszna, prawdziwe zabójstwo ma w sobie tak gęsty i przerażający mrok jakiego nie da się uzyskać żadnymi środkami wyrazu w filmie czy serialu, choć niektóre z nich są tak wspaniale i sugestywnie zrobione, że przekują widzowi cząstkę prawdziwej grozy, prawdziwego strachu i rozpaczy, która pochodzi z prawdziwej zbrodni. Myślałem o tym wczoraj siedząc po wysiłku fizycznym w wannie z ciepłą wodą, mając w perspektywie po wyjściu z kąpieli oglądanie kolejnego odcinak znakomitego belgijskiego serialu "Intruz". Podobną moc wyrazu miał serial "The Fall" z doskonałą rolą Gillian Anderson. Sceny zabijania młodych kobiet wywoływały u mnie autentyczny strach i przerażenie i mocne i gwałtowne bicie serca. Naprawdę się bałem. Aż mnie od tego mdliło. Realizm z jakim to przedstawiono, bezsilność i koszmar ofiary były wręcz dożylne. Ale to wciąż tylko serial, taśma filmowa, scenariusz, historie będące tworem imaginacji, czasami jedynie inspirowane prawdziwymi zdarzeniami. Prawdziwe zabójstwo jest zwyczajne, prymitywne, wulgarne, zdziczałe i jednocześnie nudne, pozbawione jakiegokolwiek sensu i po stokroć bardziej paraliżujące przez swój realizm.

Niemniej, uwielbiam seriale i powieści kryminalne. Powodów jest kilka, ale jeden zasadniczy. O tym w następnym wpisie. Kiedy to będzie?       

Dożywocie dla zabójcy

amelius
Dożywocie dla zabójcy Dominiki Golinowskiej.

http://wroclaw.wyborcza.pl/wroclaw/1,35771,19677377,wyrok-dla-zabojcy-19-letniej-dominiki-dozywocie-dla-zbigniewa.html#Czolka3Img

Oczywiście nie mogło być inaczej, nie mógł zapaść inny wyrok. Lecz w rzeczywistości nie ma kary za taki czyn, nie ma właściwej reakcji na takie zachowanie człowieka, który stał się diabłem, demonem, potworem (tak, potwory istnieją) istotą zwyrodniałą, wcielonym złem. Jak to się dzieje, że człowiek, który rodzi się niewinny, a więc jest jak anioł, staje się później kimś takim, kim stał się zabójca Dominiki. W którym momencie zachodzi przemiana, co ją powoduje, jaki mechanizm działa? Czy to jakaś straszna krzywda z czasów dzieciństwa uczyniła wyrwę w tym człowieku i odebrała mu człowieczeństwo? Czy on sam się do tego przyczynił, dlaczego nie poszedł w stronę światła tylko wybrał głęboką, nieprzeniknioną, wieczną ciemność? Temat szeroki jak ocean. Czy ktoś zna sensową odpowiedź?

To pytanie jest ważne, powinno się je zadawać niestrudzenie i nieustająco by takie tragedie miały szanse się nie powtarzać. Lecz się powtarzają. Codziennie, w dzień i w nocy, w krajach bogatych i biednych, w Syrii i w Paryżu, na Ukrainie i tropikalnej Wenezueli, w sterylnym Sztokholmie i inteligenckim Żoliborzu, w tych, gdzie toczy się wojna, i gdzie panuje pokój.

Lecz mimo tego to pytanie trzeba wciąż zadawać, w imię Dominiki, w imię innych ofiar takich jak lektorka języka włoskiego, która padła ofiarą Kajetana Poznańskiego (wszystko na to wskazuje).

Wciąż trzeba drążyć ten temat..., nic innego nam nie pozostało, aż w końcu znajdzie się odpowiedź,... może kiedyś, chciałbym w to wierzyć, lecz pewnie moja wiara jest podobnie naiwna jak wiara agenta Muldera... I wanto to belive...

Modlitwa za żywych

amelius
Wstrząsnęła mną sprawa zabójstwa Dominiki Golinowskiej z Komornik - małej wsi leżącej między Środą Śląską a Wrocławiem. Sprawa dotarła nie tylko do mediów lokalnych, ale także ogólnopolskich, choć nie miała takiego rozgłosu jak zabójstwo dokonane pod Rakowiskami zaplanowaną przez psychopatyczną pseudopoetkę. Obie sprawy są szokujące w swojej brutalności, przekraczają ludzką wyobraźnię, powodują, że odruchowo chcemy od nich uciec, bo to nie film, nie powieść ani serial kryminalny. To zdarzyło się naprawdę.

Niby to truizm, prawda powszechnie znana i akceptowana, że zabicie drugiego człowieka jest najpotworniejszym czynem jakiego można się dopuścić. W istocie wiemy o tym teoretycznie, niejako na odległość. A kiedy taki czyn zdarza się w naszym pobliżu, przytrafia się naszym bliskim, bądź dzieje się blisko naszego domu, naszej pracy, przekracza wszelkie możliwe granice i uderza w jądro naszego człowieczeństwa. Przestaje być filmową, literacką fikcją, fascynującą opowieścią, wciągającym thrillerem a staje się czymś absolutnie realnym, zagraża naszej egzystencji, lecz przede wszystkim pozbawia nas poczuciu sensu istnienia, rozrywa wszelkie więzi ze światem i z innymi ludźmi, podkopuje fundamenty naszych fundamentów, zakorzenienia we wszechświecie i powoduje, że przestajemy w cokolwiek wierzyć, przestajemy ufać w porządek rzeczy.

Takie miałem emocje, takie myśli w związku ze śmiercią 18 - letniej Dominiki, zupełnie nieznanej mi osoby, która jak się później okazało stała się przypadkową ofiarą zdegenerowanego potwora. Kiedy sprawca został zatrzymany uświadomiłem sobie, że prócz samej zbrodni, jej całego okrucieństwa jest rzecz jeszcze gorsza, bardziej przerażająca. Objawia się wówczas, gdy sprawca nie zostaje wykryty i złapany, a więc nie tylko sprawiedliwości nie staje się zadość, ale także na wolności pozostaje człowiek, który pozbawił życia drugiego człowieka i może zagrażać kolejnym niczym śmiertelny wirus w organizmie atakujący kolejne organy. Nigdy tego nie doświadczyłem. Oby Bóg miał mnie w opiece i nie wystawiał na takie doświadczenia. Nieudolnie usiłuję sobie jedynie w ułamku wyobrazić co może czuć ktoś kto stracił bliską osobę w wyniku zabójstwa a sprawca nie został znaleziony i zatrzymany. Jest to wejście o najczarniejszą z otchłani, z której być może nie ma drogi powrotnej. Jaką więc trzeba mieć siłę, jaką motywację by móc dalej żyć? Gdzie i w czym odnajdywać sens? W ciągłej nadziei, że sprawca będzie ścigany aż do przedawnienia czynu? Że nowoczesne techniki kryminalistyczne, sprawność policji, wydziałów umownie nazywanych "archiwum X" a może łut szczęścia, zbieg okoliczności, przypadek doprowadzi do sprawcy, który stanie przed sądem i odpowie za swoje czyny. Nie wiem, czy po wielu latach bezowocnych poszukiwań jest to możliwe; czy wciąż tli się w człowieku tak dotkniętym przez Los jakakolwiek nadzieja. Nie potrafię na to pytanie odpowiedzieć.

Nie umiem się modlić, lecz jedyne co dla tych wszystkich biednych ludzi mogę zrobić, jak i Ty, i my wszyscy to właśnie się modlić, jakkolwiek rozumiemy lub nie rozumiemy modlitwy i współodczuwać z nimi i wierzyć, zapewne naiwnie, że jednak Dobro ostatecznie zwycięża. Choć nikt nie zna odpowiedzi na pytanie jak to dobro wygląda, czym ono jest. 

© dzienniczek uczuć
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci